Poznajemy się :)

Pierwszy miesiąc White Cata w Polsce to dogłębne i szczegółowe poznawanie się. Jacht został jeszcze raz przekopany od zenzy do topów. Wszystkie drobne bolączki udało się zidentyfikować i naprawić. Przeprowadziliśmy serwis silnika, z wymianą filtrów, olei, uruchomieniem w pełni linii paliwowej. W końcu w pełni uszczelniliśmy instalację słodkiej wody, czy wymontowaliśmy stary niedziałający kompresor lodówki i zamontowaliśmy nowy. Do tego walka z wyciągarką kotwicy. Ale nieduża szwedzka firma Winchmatic stanęła na wysokości zadania. Zdalnie wyjaśnili co i jak zdemontować, żeby zobaczyć co trzeba wymienić. Potrzeba było na to kilka emaili ze zdjęciami, ale w sumie mogli powiedzieć, że trzeba im wysłać całe ustrojstwo na naprawę. Po wspólnej identyfikacji uszkodzonych elementów, wysłali nowe części z instrukcja jak zamontować. Polecamy :).

Udało się jeszcze nawet kilka razy pobujać po zatoce, odwiedzić kilka portów. W końcu postawić żagle i zobaczyć jak się żegluje. A to odwiedziliśmy Baltic Beauty na początku remontu, a to znajomych będących na zlocie jachtów. Warunki żeglugi raczej lekkie, oczywiście pazura regatowego jacht nie pokazał, ale to jak się zachowywał na wodzie coraz bardziej utwierdzało nas o słuszności wyboru. Szczególnie podczas deszczu, gdy wszyscy dookoła mokną i marzną.

Byliśmy również na zlocie „Kurs Na Twierdzę 2019” – podczas, którego udało się uroczyście podnieść Polską banderę. Zarejestrowanie jachtu w kraju przebiegło nadzwyczaj sprawnie:).

Niestety były też niemiłe niespodzianki. Dwa razy ten sam jacht (sąsiad w marinie) wpłynął w nas. Za pierwszym razem całe szczęście tylko lekko przyhaczył, porysował coś tam burtę, trochę stójki od relingu. Niby niewiele, burty i tak do malowania, ale jakieś chociaż przepraszam, jakieś poczucie winy – nic z tych rzeczy. No przecież nic się nie stało, a w ogóle to Wasz jacht to jakaś rudera (w końcu farba i lakiery odchodzą). I jeszcze na koniec po ostrzejszej wymianie zdań, koleś ładuje się na nie swój pokład. Myślę, że do końca nie zrozumiał w czym jest problem…

Drugi incydent jest jeszcze gorszy. Tym razem inna załoga wypływając, zahacza o stójki i o podkowę ratunkową. W efekcie oczywiście również uderzają o burty i opierają się o inne elementy. Tym razem rachunek strat zdecydowanie większy: uszkodzenie rufowej części relingu lewej burty (wykrzywienie stójek, naruszenie mocowań), zniszczenie podkowy ratunkowej oraz jej wieszaka i kolejne zarysowania i zadrapania. Ale przecież również tym razem nic się nie stało, a te straty to tam ze 100 zł. #stopwiesniactwuwmarinach.

Całe szczęście w obu sytuacjach byliśmy na jachcie. I złapaliśmy na gorącym uczynku. Daleko nam do zachodu: gdzie podobne zdarzenia oczywiście się również zdarzają, bo każdemu może się zdarzyć źle przeprowadzony manewr. Ale rozwiązuje się te sprawy całkiem inaczej. Jak nam kiedyś Szwed jeszcze „s/y Tigern’a” przyhaczył – to zadzwonił na marine i zostawił do siebie kontakt, bo wypływając dotknął nas i mógł coś uszkodzić.

I tak dobrnęliśmy do jesieni i końca sezonu. Prace zimowe zostały już dawno zaplanowane. Na pierwszy rzut muszą pójść: przejścia denne i zawory, porządny serwis silnika – wymiana węży chłodzenia i paliwa itd, część główna elektryki, oraz dach sterówki. Znaczy się standardowo, poza sezonem robota a w trakcie pływanie, i tak kawałek po kawałku za kilka lat będzie cudo. Niestety tutaj również spotkaliśmy się z murem nie do przebicia, i to mówiąc szczerze bardzo dziwnym i raczej niespotykanym murem. Tak bardzo, wydawałoby się, przyjazna i fajna „przystań cesarska” – powiedziała „nie i ch*”. I to zrobiła to już po wyciągnięciu jachtów na ląd. Najpierw miał być prąd na lądzie na podliczniku – zrozumiałe i normalne rozwiązanie. Od wielu lat mamy swój podlicznik, którym w razie co możemy zliczać zużyte impulsy. Na prąd czekamy tydzień, dwa, ma być w grudniu, już są podliczniki kupione itd. Takie sobie zbywanie, ale rezultatów brak, ale najlepsze jeszcze przed nami. Właściwie to prąd nam nie jest potrzebny, bo nikt nie może wykonywać żadnych prac przy swoim jachcie. „przystań” nagle publikuje nowy regulamin, no przecież wyciągnęliście jachty na ląd – no to już Was mamy :). Oczywiście nie mogę też zlecić firmie prac. Przepraszam, jest jeden mały wyjątek – mogę zlecić obecnej na miejscu firmie „szkodniczo-szkutniczej”. Po kilku tego typu informacjach, mejlach i rozmowach, z osób, które chciały ściągnąć na to miejsce znajomych z kolejnymi jachtami staliśmy się mega przeciwni („przystań cesarska” – nie polecam!). Może trzeba założyć równolegle hashtaga: #stopwiesniackimmarinom??

Plany wzięły w łeb. Zabezpieczyliśmy tylko jacht na zimę. Pojawiły się dwa rozwiązania, jacht na wieś pod dom do ogródka, albo Władysławowo. Plusy i minusy w obu przypadkach, chociaż jak to się mówi najlepsza stocznia – to ta ogródkowa, do której można pójść w kapciach. Niestety w naszym kraju nie tak łatwo znaleźć firmę, która przetransportuje tak nietypowy ładunek. Niestety White Cat wchodzi już w nadgabaryt szerokości i wysokości. Potrzebny pilot, potrzebna specjalna niskopodwoziowa naczepa, potrzeba masę zezwoleń na przejazd. Pierwsze i drugie udało się znaleźć. Niestety przyczepa taka, że musielibyśmy zaprojektować i skonstruować specjalne łoże pod jacht, i jeszcze te zezwolenia.. No więc koniec końców wybór padł na Władysławowo i bardzo przyjazne miejsce stocznia „Szkuner„. Ale o tym w kolejnych odcinkach, które będą w zmienionej formie i z kompletnie innego punktu widzenia;). Zapraszamy do subskrybowania i śledzenia.

Jedziemy

Określenie ludzi morza, że na wodzie się jeździ, a nie płynie (bo pływa to g** w przeręblu :P), przy tej maszynie nabiera znaczenia. Pierwsze manewry spokojne i nadzwyczaj powolne, ale jacht manewruje całkiem zgrabnie. Trzeba się otrzaskać z manetką, coś chyba czujnik wychylenia steru jest źle ustawiony – drobnostki, które trzeba wyczuć. Kopnięcie jest, manewrowość pomimo długiego kilu jest super, a jednocześnie jacht zachowuje się stabilnie, i pomimo wysokiej wolnej burty i jeszcze wyższych nadbudówek pierwszy lepszy powiew nie rzuca nim po marinie.

No więc jedziemy, najpierw slalom między bojkami do stacji paliw. Wskaźnik poziomu paliwa prawego zbiornika pokazuje pół baku – ciekawe ile to w rzeczywistości litrów. Stacja w Nynashamn jak to w Skandynawii, na kilka stanowisk, przygotowane cumy, wszystko jak należy. W Szwecji widziałem niejedną mniejszą stację benzynową samochodową. Tankujemy pod korek właściwie. Trochę weszło – 194,5 l. Nieregularność zbiornika i umiejscowienie czujnika poziomu skutkuje niezbyt liniową charakterystyką, i na zegarze jest pół baku a w rzeczywistości już tylko 1/3 została. Dobrze wiedzieć, z drugiej strony to jeszcze jest jakieś 100l – więc na trochę starczy.

Po stacji paliw, która była tym razem najbardziej na północ wysuniętym punktem tego rejsu, kierujemy się na południe, do domu. Plan na dziś luźny, polecimy szkierami i gdzieś na dziko rzucimy kotwicę. Przy tak małym zanurzeniu White Cata pewnie nie będziemy mieć większych problemów ze znalezieniem dogodnego miejsca. Wiatru niezbyt dużo, woda się za bardzo nie marszczy nawet, no chyba, że od deszczu. Ale my w sterówce spokojnie sobie siedzimy: i sucho i przyjemnie. Skoro silnikujemy to od razu można kilka testów przeprowadzić. normalnie pyrkamy sobie takie 1400 obr/min co w sumie daje całkiem ładne 6kt:). Prędkość ładna, silnik na spokojnie sobie chodzi, całkiem cicho i przyjemnie. Pewnie i spalanie całkiem całkiem. No ale trzeba sprawdzić co ta maszyna potrafi i w dorzucamy trochę do pieca, i za chwilę jeszcze trochę i do oporu – do końca zakresu manetki. Przyspieszenie, aż szarpnęło, dziób do góry, za nami fala się tworzy spora, a my coś koło 8kt. W sumie obrotów to jeszcze chyba można by dołożyć tylko manetki zabrakło. Ale i tak jest kozacko. Dobrze wiedzieć, że zapas mocy jest i jacht pewnie mógłby i trałować jakiś mały zestaw :D. Nie męczę za długo tak silnika, to tylko na próbę, szkoda silnika i na pewno wir w baku. Wracamy do spokojnych 6kt. I tak szybko :).

W szkierowych locjach udało się wypatrzyć fajną, osłoniętą zatoczkę, z zaznaczonymi dobrymi podejściami do wysp. Dodatkową atrakcją jest wrak starej drewnianej jednostki. Po drodze robimy jeszcze testy rufowej windy kotwicznej. Z grubsza obeznani z działaniem wpływamy do malowniczej zatoczki, oczarowani pomimo siąpiącego deszczu. Zanim zakotwiczyliśmy i zacumowaliśmy do lądu, pogoda się poprawiła. Robimy desant na skały. Maniek zaczął biegać po wyspie jak szalony. Oczywiście skąpał się, ześlizgując się po skałach, łapał wodorosty unoszące się przy brzegu. Szalony dosłownie.

Noc w tej scenerii minęła spokojnie, chociaż szczątki wraku złowrogo wystawały z wody kilkanaście metrów od nas. Rankiem oddaliśmy cumy z lądu, wciągnęliśmy kotwicę i ruszyliśmy dalej w drogę, żegnając dwie gościnne wyspy Stora i Lilla Bergo. Niestety jak się później okazało, był to dość drogi postój na kotwicy na dziko. Nieopatrznie kawałek liny wkręcił się w windę kotwiczną, w taki sposób, że nikt tego nie zauważył, dało radę całość wciągnąć do końca, ale przy okazji niestety uszkodził się mechanizm nawijania taśmy na bęben. Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero w domu, jak i o tym, że całość by się pewnie nie zdarzyła, ale Szwedzi zdemontowali osłonę tej windy, i leżała sobie gdzieś tam w bakistach. No cóż nauka kosztuje, i poznawanie nowego statku również.

Teraz krótki skok do Oxelosund. Plan jest na szybki postój: zatankować wody (mamy nadzieję, że już wszystkie nieszczelności ogarnięte), prysznic, szybkie drobne zakupy i jedziemy dalej. Oczywiście plany planami, a rzeczywistość sobie. Zatankować udało nam się głównie zenzę. Dalej gdzieś jest nieszczelność (później już w Gdańsku uda się odkryć, pęknięty wąż, leżący głęboko w zenzie pod silnikiem – zwykłe węże niezbyt lubią to co z silnika może skapnąć). Nic to zalejemy do baniaczków, bidoników, termosów i garnków – żeby był zapas wody do picia i gotowania. Spróbujemy uruchomić pompę wody zaburtowej do mycia – a jak się nie uda to zawsze zostaje stara dobra metoda z wiadrem. Resztę planów udało się w sumie zrealizować, może tylko nie do końca tak szybko jak chcieliśmy.

Obieramy kierunek na Polskę. Może Władysławowo, Hel, albo już od razu Gdańsk. Zobaczymy, to już nie ma większego znaczenia. Póki co pogoda zapowiada się raczej iście urlopowa. Zero wiatru, ciepło i tylko trochę tę sielankę psuje martwa fala. Ale jacht się buja całkiem przyjemnie, nikt specjalnie nie narzeka na tą falę. Męczące trochę jest to, że różne rzeczy lubią się uwalniać ze swoich miejsc i wyruszać w podróż na drugą stronę jachtu. Marszruta jest ustawiona trochę na około. A to dlatego, że jutro rano musimy być w zasięgu sieci i internetu. Niektórzy muszą popracować zdalnie, wtedy jeszcze nikt nie myślał jakie to będzie modne. Więc najpierw płyniemy do wybrzeży Gotlandii, tam akurat rano złapiemy zasięg, by później skierować się już prosto do Polski.

Tym razem wszystko idzie gładko, jak po maśle i zgodnie z planem. Godziny lecą, wachty mijają, czasem autopilot coś się zacina i trzeba ręcznie sterować. Ale silnik cały czas pięknie pyrka, prędkości koło 6kt. Nawet udało się uruchomić wodę zaburtową w kambuzie. Zgodnie z planem weszliśmy w zasięg sieci, praca zdalna została zaliczona, a my cały czas do przodu. Nawet przy powiewach próbowaliśmy, żagle postawić, ale wiatru jak na lekarstwo więc ledwo się poruszaliśmy, martwa fala w tym nie pomagała. Ale zestaw Diesel – Grot już się sprawdzał i chociaż trochę nam stabilizował bujanie.

Odkryliśmy w radiu zostawioną płytę CD – koncert klarnetowy Mozarta. Dźwięki klasycznej muzyki towarzyszyły nam przy przepięknym zachodzie słońca. Taka drobnostka, a zapadła na długo w pamięci wszystkich :).

Koniec końców stwierdziliśmy, że nie ma sensu zawijać do żadnego portu po drodze, i lecimy prosto do Gdańska. Od Rozewia już blisko brzegu, i prawie w domu. Aczkolwiek wzdłuż półwyspu zdecydowanie zwolniliśmy, natrafiliśmy na dość silny przeciwny prąd. Miejscami dochodził od 1,5kt. Za Helem zniknął całkowicie i do Gdańska szybko się doczłapaliśmy. Jeszcze tylko kanał portowy i jesteśmy na miejscu. Zacumowaliśmy w nowym przyjaznym domu, wtedy jeszcze się Nam wydawało, że przyjaznym. Ale o tym w następnym odcinku.

PS. Dzięki Gosia, Oskar i Marcin za całą pomoc przy przygotowaniu jachtu do przelotu :).

Zaokrętowanie

Zapakowani w samochodzie po dach, a właściwie ponad, z jęczącymi amortyzatorami wtoczyliśmy się na prom do Karlskrony. Oczywiście nie obyło się bez ceregieli. Zaczęło się już na kilka dni wcześniej.

Annika wysłała wiadomość, że muszą zrezygnować ze sprzedaży jachtu, bo elektryk jachtowy miał wypadek samochodowy, i nie są w stanie dotrzymać warunków umowy i uruchomić silnika. Oni w stresie, my w stresie właśnie w trakcie zakupów na całą akcję, jak tu się z nimi dogadać teraz po angielsku przez telefon o technicznych sprawach. Z pomocą przychodzi oczywiście niezawodna Asia ( której przeszkodziliśmy w urlopie). Po szwedzku uspokoiła i wytłumaczyła Szwedom, że temat ogarniemy, że damy radę.

Całe szczęście, przewidując problemy z odpalaniem silnika – nie tyle nie wierząc na słowo Annice i Janowi, a bardziej fachowcom w Szwecji. W sensie na pewno problem ogarną, tylko nie wiadomo kiedy i za ile (i czy przy takich kosztach nie odejdzie chęć sprzedaży jachtu). Już była przygotowana praktycznie cała linia elektryczna do startu silnika: rozrusznik po regeneracji (dzięki Robert !!), 2 nowe akumulatory, przewody rozruchowe, dodatkowe heble startowe, brakowało w sumie tylko stacyjki – ale to najwyżej na krótko będziemy odpalać:).

Załogę na całą akcję, udało się zebrać bez większego problemu, w końcu to trochę pracy przy jachcie, trochę pływania i na pewno dużo przygody. Gosia i Oskar płyną z nami promem, a Marcin dolatuje trochę później samolotem. Marcina odbierzemy z lotniska, w końcu to nie problem mamy samochód na miejscu. A Gosia i Oskar przyjadą pociągiem, odbierzemy ich z dworca w Gdańsku i pojedziemy na prom. Tylko oczywiście pociąg jadący z Warszawy punktualnie nie może się zjawić w Gdańsku. A prom nie będzie czekać. Całe szczęście trochę zapasu czasowego było i zdążyliśmy. W kijance było wesoło, 4 ludzi i Maniek (Cuma została w domu na te kilka dni) i multum rzeczy. Pierwsza trasa krótka Gdańsk – Gdynia Stena Line. Nocleg na promie, i od rana Karlskrona – Nynashamn. Trochę obawialiśmy się tej pierwszej wyprawy morskiej, ale Maniek dał radę, a Stena jest całkiem nieźle przygotowana na zwierzęta na pokładzie.

Na miejsce dotarliśmy bez większych problemów, tylko kilka godzin w zapakowanym samochodzie. Podjeżdżając już widzieliśmy jak nasz statek buja się na wodzie, niedaleko żurawika do stawiania masztów. Po chwili dotarli również Annika i Jan.

I się zaczęło, przeglądanie każdego zakamarka, przepakowywanie rzeczy z samochodu na jacht i odwrotnie. Dobraliśmy się również do silnika. W całej akcji przeszkadzała trochę pogoda w kratkę, przeplatanka deszczu i słońca, a co za tym idzie wyciągania rzeczy na keję (żeby było jak się ruszać w środku i za chwilę chowania).

Problem z odpalaniem oczywiście okazał się błahostką. Wystarczyło rozkręcić kilka styków, oczyścić, skręcić ponownie i spsikać to wszystko smarem miedziowym. I silnik zamruczał bez większego ale. I nawet pochodził tak dłuższą chwilę. I zgasł, później różnie odpalał lub nie. Rozrusznik kręci, więc to nie ta sławna zła elektryka jednak. No to sprawdzamy linie paliwowe. Filtr z odstojnikiem, jakby trochę brudny a kilka węży się trochę poci, i wężyk przy pompie paliwowej coś luźny. I jak z prądem poradziliśmy sobie w 30 minut. Tak z tym walczyliśmy przez resztę czasu do wypłynięcia.

 

A tu niespodzianka,  toniemy. Znaczy się nie za szybko, ale trochę nabieramy wody. Winowajca – pęknięte kolanko spustu ze zbiornika septycznego, a zawór oczywiście się kręci, ale coś nie zamyka. Na szczęście dookoła jachtu płytko, a drewniany kołek wbity na szmatę przeciek zatamował. Przez dwa dni na „liście rzeczy niedziałających” trochę się uzbierało. Ale oczywiście Annika z Janem, obiecali, że w poniedziałek jeździmy po sklepach i miejscach, gdzie to wszystko skompletujemy. W międzyczasie postawiliśmy maszty i otaklowaliśmy jachcik, od razu jeszcze bardziej nam się spodobał. W całym tym rozgardiaszu najgorsze, że lodówka nie działa ( peszek), i nie ma jak piwa sobie schłodzić.

W poniedziałek z listą zakupów, pojeździliśmy po kilku sklepach. Byliśmy nawet w warsztacie, gdzie zakuli nam nowy wąż paliwowy na wymiar. Wszystko na koszt Sprzedających. Mało tego w sklepie żeglarskim padła propozycja, że kupią nową lodówkę, tylko mamy sobie wybrać czy taki zestaw do montażu, czy taką samochodową – oczywiście kompresorową. I jeszcze opuszczą nam z ceny.  Na początku myśleliśmy, że w sumie chodzi, albo będzie nowa lodówka, albo niższa cena. I w końcu doszło do kuriozalnej sytuacji, gdzie Sprzedający i Kupujący kłócili się o cenę. Tylko jakoś tak strony nie pasowały, Sprzedający obniżali cenę, a Kupujący chcieli dać więcej. Na noże  nie poszło, ale po groźbie, że za więcej nam nie sprzedadzą, przystaliśmy na nowe warunki.

Po tym wszystkim, bogatsi o trochę grosza i kilka nowych elementów do jachtu zaczęliśmy te elementy przygotowywać do podróży. Najprościej poszło z lodówką, w kartonie weszła do szafy – i tam sobie poczeka na spokojny montaż w kraju;). Mieliśmy w sumie tylko zwykłą żabkę, i stare kolanko nie chciało się jej poddać. Jan kupił i zostawił na jachcie większy klucz, którego zresztą to kolanko się również nie przestraszyło. Z pomocą przyszedł dopiero palnik i grzanie. Zamontowanie nowego to już bajka. Uff przynajmniej już nie toniemy. Wąż paliwowy też, nie był zbyt trudny do opanowania. Silnik po odpowietrzeniu instalacji zagadał i nawet pochodził dłuższą chwilę. Niestety jeszcze dostawał, gdzieś powietrze i brudny filtr nie pomagał mu. W ostateczności dokupiliśmy do zestawu zwykłą pompkę gruszkę, a linię skróciliśmy do minimum wycinając filtr z odstojnikiem, pompę paliwa, do której nie było jak dojść i skręcić jej połączeń. Została tylko ręczna pompka-gruszka, podwójny filtr przy silniku i tylko jeden zbiornik na paliwo – ale chyba te 300 litrów starczy. Na tym zestawie silnik już ładnie mruczał. Dla pewności zatankujemy pod korek to grawitacja pomoże ciągnąć ropę.

Gdzieś w międzyczasie pocieliśmy stojaki od jachtu tak aby weszły do samochodu. I pożegnaliśmy Olę, która dzielnie wracała obładowanym samochodem, ale przynajmniej na prom miała tym razem blisko.

Jeszcze raz udało nam się tonąć. Ale tym razem to my wlaliśmy trochę wody do jachtu. Zatankowaliśmy zbiornik słodkiej wody. A przynajmniej tak myśleliśmy, bo głównie zatankowaliśmy zenzę. Po inspekcji na deklach inspekcyjnych zbiornika odkryliśmy pęknięcia i wydostającą się tamtędy wodę. Poszła sika w ruch. Ale wody nie ma gdzie wypompować, w porcie tego nie zrobimy bo nas tu zjedzą. Nic to zalejemy zbiornik jak sika złapie, a zenzy wypompujemy na wodzie. Niestety ponowne tankowanie skończyło się jeszcze większą ilością wody w zenzie, odkryliśmy przy okazji jeszcze jedno nieszczelne miejsce. Ale w zenzie już pewnie z 500kg wody… Weźmiemy trochę wody pitnej w baniakach, uruchomimy wodę zaburtową, a po drodze w jakiejś marinie jeszcze raz zalejemy zbiornik i zobaczymy czy teraz wszystko OK. Z takim nastawieniem, gotowi jak to tylko możliwe ruszyliśmy w pierwszy rejs. Kierunek wodna stacja paliw. Ale o tym już w następnym rozdziale.

PS. zdjęć trochę mało, bo roboty było sporo, i niezbyt z czasem na sesje foto;). Grafik cały czas napięty.

White Cat – czyli przygoda nadal trwa

Po rozstaniu z Tigernem, było trochę pusto. Dużo różnych projektów żeglarsko-szkutniczych. Ale bez swojego domku na wodzie jakoś tak nieswojo. Były marzenia i koncepcje następnej łódki. Przeszukiwanie różnych ogłoszeń w poszukiwaniu idealnego kompromisu. Z założenia na spokojnie i bez spiny. Może za rok, może za dwa będziemy znów armatorami.

Koncepcja jachtu: zamknięta lub pół zamknięta sterówka, małe zanurzenie, ciut większa 33-35 stóp, zamykany kibelek i pełny kambuz, mocny silnik. Te wymagania w mniejszym bądź większym stopniu spełniło kilka różnych modeli w tym: Coaster 33, Moody Eclipse 33DS, Colvic Watson 32 – każda z całkowicie odmiennym charakterem. Gdzieś w głowie jeszcze siedziały popularne w skandynawii Nauticaty 33 – znane i cenione na całym świecie – raczej poza zasięgiem naszego portfela – czyli sfera marzeń.

Aż tu na blocketcie zostało wypatrzone bardzo dziwne ogłoszenie. Mało zdjęć, te co już są to sprzed kilku lat, opis dość lakoniczny, brak ceny. Pierwszy kontakt bez odzewu. Z pomocą przyszła niezawodna Asia i nawiązała z właścicielami kontakt po szwedzku. Szwedzi mówią, że jacht jest dobrze wyposażony, w nie najgorszym stanie, a z cena się dogadamy bo ma trafić w dobre ręce. Trochę jakby casting, więc idziemy za ciosem i podsyłamy im linka do Tigernowego bloga. Chociaż po polsku został przez szwedów dokładnie przejrzany – później się chwalili. I tak w sumie zanim się obejrzeliśmy wylądowaliśmy pod Sztokholmem i oglądaliśmy statek. Jacht nas szybko urzekł. Wymaga pracy, ale wszystko do ogarnięcia, rozłożymy to na kilka lat, a może zrobimy jeden porządny remont. Tak czy siak uścisk dłoni przypieczętował, Annika i Jan zobowiązali się zwodować jacht, uruchomić silnik (coś tam elektryka szwankowała) i pomóc przy przygotowaniu jednostki do rejsu. Z natłokiem myśli i marzeń, planów, rozwiązań problemów (tych istniejących i potencjalnych) wsiadaliśmy do samolotu. Tak się zaczęła nowa przygoda.